Burgos
Miasto Burgos poczęto szturmować równo z wschodem słońca, a my przyciągnęliśmy na sukurs o godzinie 5 z rana. Mgła była wielka, ani naszej, ani nieprzyjacielskiej liniji, ani nawet miasta nie widno było; jedynie tylko cytadelle leżącą, nad tem miastem na górze słońce oświecało.
W jednym z dni jasnych miesiąca stycznia 1809 r. skoro tylko zorza poranna oświeciła szczyty gotyckiej katedry w Burgos, odezwali się trębacze pułku ułanów polskich gwardji po wszystkich ulicach tego miasta, wzywając żołnierzy do pochodu i w krótkim czasie zebrały się szeregi polskie na wielkim rynku stolicy starej Kastylji. — Lecz po odczytaniu przez wachmistrzy listy obecnych, okazało się że kaprala Dąbrowskiego z żołnierzem stojącym z nim na kwaterze nie było w szeregach. — Nieobecność tych wiarusów zatrwożyła dowódzcę pułku, gdyż w wojnie hiszpańskiej zdarzały się częste wypadki, że żołnierze ginęli pod ciosami skrytobójczego żelaza. — Chcąc się natychmiast dowiedzieć o przyczynie tego spóźnienia wstrzymał dowódzca pochód pułku i posłał wachmistrza z kilku żołnierzami do kwatery Dąbrowskiego.
Dąbrowski był to żołnierz nadzwyczajnej siły, okrągłej twarzy z wielkiemi jasnemi wąsami, pilny w służbie, odważny w boju, przyjacielski z kolegami w każdej gospodzie, a przytem — co się rzadko w owym czasie między żołnierzami zdarzało — zachowujący stale wiarę swych przodków. Jednem słowem przypominał on tak z postawy jak swych przymiotów rycerzy z czasów króla Stefana, którzy idąc do boju, nim silną dłonią skrzyżowali z wrogiem śpiewali pieśń Bogarodzicy.
Obok tylu wszystkich cnót był on prawym ułanem, lubił skocznego mazura, lubił brzęk swych ostrogów, czapkę nosił na bok zawieszoną, i dla każdej kobiety był nader uprzejmy. Jeżeli zaś przy wydarzonej sposobności zbyt ochoczo nachylił kielicha, nie czynił tego z nałogu lecz z wesołej myśli. Wszakże i tera przy tak zmiennych zwyczajach daremneby były mozoły, stracona wy mowa tego, ktoby chciał ułana przekonać o zbawiennych skutkach metody Prisznica. Lecz wracam do mego wachmistrza, jak tylko wyjechał w uboczną ulicę, spostrzegł stojącego żołnierza z okulbaczonemi końmi, który mu powiedział, że Dąbrowski przed świtem przybrawszy cały rynsztunek poszedł do kościoła OO. Dominikanów z obietnicą, szyb kiego powrotu. Wziąwszy z sobą żołnierzy udał się wachmistrz niezwłocznie do klasztoru, gdzie wprowadzony przez furtiana, ujrzał z wielkiem za dziwieniem w obszernej komnacie Dąbrowskiego słrumianem licem siedzącego za stołem, wśród licznego zgromadzenia zakonników.
Wachmistrz rozkazał mu wsiąść na koń i w jednej chwili stanął z nim przód dowódzcą pułku, a kiedy ten zaczął go strofować, stał winowajca wyprostowany trzymając rękę przy czapce; gdy zaś zażądał tłojnaczenia, Dąbrow ski w te odezwał się słowa. Wiadomo p. pułkownikowi, że kiedyśmy staczając bitwy szli do Madrytu, wojska fran cuskie zajęły przemocą Lemie, z którego mia sta strwożeni mieszkańcy z wojskiem hiszpań- skiem uciekli w góry, zostawiając swe domy na łup zwycięzcom.
____
Stanisław Hempel Z czasów napoleońskich: wspomnienia wojenne Stanisława Hempla b. kapitana pułku Gwardji ułanów polskich Napoleona I Lwów : K. Łukaszewicz, 1885 (Gródek : J. Czaiński)
Nazajutrz w obozie dostrzegłem u jednego żołnierza piechoty ampułkę. Mając trochę pieniędzy przy sobie, kupiłem ją w nadziei, że kiedyś będę ją mógł zaofiarować na pamiątkę memu proboszczowi parafialnomu. Ponieważ zaś teraz wyruszamy na nową kampanię, obawiałem się ażebym jej w ciągłych marszach nie zgubił i odniosłem do OO. Dominikanów, w których kościele jest matka Boka cudowna, i prosiłem ich zarazem, aby na moją intencją odmówili pacierz. Dobrzy zakonnicy nieehcąc nadal odkładać mego życzenia, wzięli mnie z sobą do kościoła, odczytali Mszę św. po której ukończeniu otrzymałem błogosławieństwo i relikwią św. Jacka. Przejęty skruchą żegnałem się z nimi, myśląc o marszu, kiedy w przechodzie przez wielką salę ujrzałem przygotowane śniadanie. Trudno było się wymówić tym Ojcom gościnnym, spiesznie wypiłem zdrowie księdza jenerała, księdza gwardjana, i całego zakonu, już tylko miałem wypić zdrowie OO. Braciszków, kiedy mi wachmistrz rozkazał wsiąść na koń.
Potem tłumaczeniu darował winę Dąbrowskiemu dowódzca, bo chociaż opóźnienie jego było naganne i wymagało surowej kary, przyczyna tego była zawsze wynikiem religijności i uprzejmości. Skutkiem tego Dąbrowski zamiast maszerować pieszo z karabinkiem na plecach przed trębaczami, dosiadł z radością swego rumaka, unosząc z Burgos relikwie św. Jacka, z tem przekonaniem, że ta go w nieszczęsnej przygodzie zasłoni. Stały w swej wierze, kiedy w bitwie pod Wagram został ciężko raniony i Jeżąc w szpitalu polowym słyszał jęki i narzekania innych żołnierzy, odpinał swój mundur na piersiach i z wesołym umysłem pokazywał kolegom swoją relikwię, w tem zawsze przekonaniu, iż jej jedynie winien ocalenie życia. Czyliż Dąbrowski z swą wiarą nie był szczęśliwszy od wielu od wielu ludzi, którzy przechodząc cierniste drogi tylko przelotne znachodzą pociechy?
____
Stanisław Hempel Z czasów napoleońskich: wspomnienia wojenne Stanisława Hempla b. kapitana pułku Gwardji ułanów polskich Napoleona I Lwów : K. Łukaszewicz, 1885 (Gródek : J. Czaiński)
Miasto Burgos poczęto szturmować równo z wschodem słońca, a my przyciągnęliśmy na sukurs o godzinie 5 z rana. Mgła była wielka, ani naszej, ani nieprzyjacielskiej liniji, ani nawet miasta nie widno było; jedynie tylko cytadelle leżącą, nad tem miastem na górze słońce oświecało. Schyliwszy sie na koniu, dawały się tylko widzieć po kolana nogi stojącego wojska, bo wszystek dym z armat i ręcznej broni dusił się pod tą mgłą ciemną i wilgotną i do góry wznieść się nie mógł.
Już o pół mili od bataliji widno było drzewa około drogi stojące przez pół pościnane kulami armatnemi, dalej wieźli i nieśli rannych jeszcze nieopatrzonych; żołnierze i konie świeżo pobite leżały na placu. Przy byliśmy do samej bijącej się liniji; major Dedamour zakomenderował i ruszyliśmy w największym galopie z tyłu po za liniją stojącą na lewe skrzydło. W tej ciemnej mgle nic a nic przed sobą widzieć nie mogliśmy i pędząc tak wpadamy w niewidzianą przed sobą wodę, bo tam płynęła rzeczka nieszeroka i nie bardzo głęboka; zmieszaliśmy się; przebyliśmy jednak tę rzeczkę, a gdyśmy wyżej nad mgłę na górę wyjechali, postrzegliśmy cały pułk Szaserów nieprzyjacielskich sformowany. Ci, gdy nas zobaczyli zaczęli uciekać; kilkuśmy jeźdźców ubili, a kilku żywo schwycili, reszta poszła w rozsypkę. I na term samem miejscu stanęliśmy, patrząc z owej góry na dół, na równinę, gdzie była stoczona bitwa; cała linija mgłą okryta, nic więcej tam nie widno było, jak tylko ogień płomienisty jak błyskawica jaka na ciemnem tle chmury.
O godzinie 10 z rana miasto szturmem zdobyte zostało, rzeź i rabunek blizko trzech godzin trwała; piecho ta cała i artylerya weszła do miasta. Kawaleryi dano rozkaz ścigać i zabijać po wszystkich drogach i ścieszkach uciekających z miasta wojskowych i cywilnych obojej płci; my zaś pędziliśmy przed sobą nieprzyjaciela aż za miasto Lerma o dwie godziny drogi od Burgos. Za tem miastem zaczynały się góry, w których nieprzyjaciel zatrzymał się i zajął stanowisko; w tem miejscu nasze forpoczty stanęły, aby nieprzyjaciela nie spuszczać z oczu i uważać, w którą stronę wyruszy. Cała awangarda potem za nami nadeszła, lecz nikogo w mieście nie zastali, bo wszystko pouciekało, miasto tedy uległo zupełnemu zrabowaniu i zniszczeniu. Gdy nas z forpocztów zmienili i nazad do pułkuśmy powracali, który stał w jednym klasztorze zakonnic, trafiamy w czasie obiadu i zastajemy naszych siedzących u stołu, oraz z zakonnicami.
Dnia trzeciego potem gdy rekonesans wrócił z wiadomością, że nieprzyjaciel głęboko między góry na różne strony się rozsypał, tak, że nawet dalej nie można było pójść za niemi, a zatem pomaszerowaliśmy prostą drogą do Madrytu.
_____
Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka
Tymczasem powoli ściągały się wojska francuskie. Marszałek Soult ze swym korpusem sta nął w Bribiesca, przybył i sam cesarz Napoleon. Hiszpanie chcąc zagrodzić Francuzom drogę do Madrytu, rozwinęli się w liczbie 40 tysięcy pod starą stolicą Kastylii. O samym świcie d. 10 listopada, szwoleżery polskie i dragoni francuscy, posuwający się w przedniej straży pod wodzą Lasalla, spotkali czaty hiszpańskie i po kilku strzałach cofnęli się, gdyż teren nie był odpowiedny dla akcyi kawaleryjskiej. Gdy nadeszła piechota, rzuciła się na Hiszpanów i w parę godzin nie było już nieprzyjaciela. Trzydzieści ar mat i 12 chorągwi, około 900 jeńców stanowiło trofea zwyciężców. Przeszło 2000 ludzi padło pod szablą szaserów polskich i dragonów francuskich. Miasto samo zostało zrabowane.
Po tej bitwie, w której zresztą szwoleżery nie wielką odegrali rolę, cesarz przybył do Burgos, a na służbę do niego odkomenderowano pluton jazdy polskiej, pod porucznikiem Wybickim. Ce sarz usłyszawszy to nazwisko, które mu przypo mniało świetne dnie Jeny i Eylau, pozdrowił we soło porucznika i pytał, czy jest synem sławnego patryoty polskiego? Cesarz wogóle był w dobrym humorze. Dowiedziawszy się, że w tym plutonie znajduje się szwoleżer olbrzymiego wzrostu i siły, nazwiskiem Pokorski, kazał mu się mierzyć z m ar szałkiem Mortier, który także odznaczał się wy sokim wzrostem. Pokorski był wyższy; w roku 1809 już jako brygadyer spalił się żywcem w Lambach w Austryi.
_____
Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.
Zachorowałem był i ja na tę samą gorączkę, ale to szczęściem było dla mnie, że niedaleko miasta Burgos o godzin dwie tylko; wzięło mnie z koniem dwóch kolegów w środek pomiędzy siebie i tak trzymając pod ręce prowadzili. Jakieśmy tylko przymaszerowali do Burgos, prosto do lazaretu zaprowadzony byłem, gdzie pełno po wszystkich salach chorych leżących zastałem. To była choroba tak nagła i niebezpieczna, że do dni 9 albo ozdrawiał, albo umrzeć musiał; co nocy po kilkunastu umarłych wynoszono, nawet z tych co obok mnie leżeli, na co patrząc się, pewny byłem, że i mnie podobny los czeka. Tych umarłych przez dni kilka w miejscu do tego przeznaczonem składano, a potem jednej nocy furgonami wywożono i grzebano.
Doktorowie codzień robili rewizyę przedpołu dniem i po południu; razem szli z sali do sali, od łóżka do łóżka opatrując chorych i przepisując le karstwa i pożywienie. Pamiętam to, że dawali acetum vini, bułeczkę i kwaterkę wina; takoż codziennie wsypywali jakiś proszek w wanienkę do wody letniej, gdzie nogi moczyliśmy; ósmego dnia ratunek był taki, że samym wieczorem kazano krew z nogi puszczać, poczem chory pewnie na drugi dzień albo ozdrowiał, albo umarł. Do usługi dodani byli Hi szpanie; ja mając moją kieskę z pieniędzmi pod po duszką, prawie każdego dnia dawałem tym służącym po kilka peset, aby pilniejsze staranie około mnie mieli. Obok mnie leżeli Francuzi, którzy tak chciwi pieniędzy byli, że nie tylko usługującym nic niedawali, ale jeszcze acetum vini sami niepożywali, ale mnie sprzedawali; ja zaś wielki pociąg miałem do używania tego lekarstwa i płaciłem co tylko żądano.
W tym lazarecie byłem niedziel trzy; gdym już przez opatrujących do rzędu rekonwalentów wpisany został, dawano mi większą porcyę żywności i napo ju dla wzmocnienia sił, a za kilka dni miałem być z lazaretu wypuszczonym. Oczekiwałem z upragnie niem dnia tego i jak tylko zabłysnął, napisałem kar teczkę do pułkownika, prosząc go, aby przysłał po mnie, co i uczynił. Zawieziono mnie prosto na kwa terę; jadąc z rana przez miasto około godziny ósmej, zaleciał mnie zapach pieczonego jagnięcia; wstąpiłem tedy do pasztetnika i kazałem sobie dać całe jedno jagniątko prosto z pieca; te zjadłem z apetytem i wina arragońskiego z pół kwarty wypiłem, poczem odjechałem do kwatery. Gdy przyszedłem clo ka mienicy tej, gdzie kwatera dla mnie wskazana była, gospodarz sam mile mnie spotkał i przyjął, a dał mi stancyą wygodną.
_____
Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka
Drugiego dnia rano sama gospodyni przyniosła mi czekoladę z sucharkami, życząc mi dnia dobrego, a ja jej nawzajem; rzekłem do niej iż nie zasłużyłem na to, aby sama się trudziła; ona odpowiedziała: „nie—to jeszcze dla was za mało.” I dalej opowiedziała mi następne z sobą zdarzenie: „Wtenczas, gdy to miasto Burgos, Francuzi dobyli i gdy okropna rzeź nastąpiła, w smutnem zo stawałam położeniu. Była to godzina 10 przed po łudniem, już do obiadu siadać mieliśmy, będąc tak zapewnieni, że miasta nie zdobędą; lecz w tejże chwili miasto zdobyte zostało; każden w strachu i trwodze krył się i gdzie mógł uciekał. Nieprzyjaciel wpadł nagle w miasto, począł rżnąć, zabijać, rabować i gwałty czynić; okropny płacz, przerażają ce głosy słyszeć się dały; ja tylko sama jedna w domu zostałam. Będąc natenczas w stanie brze miennym, na samym czasie; już uciekać, ani się chować siły nie miałam. Słysząc zaś krzyk, płacz i gwałty na tejże samej ulicy, ledwiem doszła do okna w którymem uklękła i wsparłszy się patrzałam z piętra już prawie w połowię nie żywa, na tak okropne tyraństwo siły mnie zupełnie opuściły, i ruszyć się z miejsca dalej nie mogłam.
Widziałam jak sąsiadów moich zabijali i jak ciała zabitych oknami wyrzucali; rabowali i najdzikszych dopuszczali się gwałtów. Podniosłam oczy w Niebo, ciężko z żalem wielkim westchnęłam, oddając się Boskiej opie ce, oczekiwałam tylko okropnego losu dla siebie. W tem postrzegam już żołnierzy wpadających do domu, usłyszałam szczęk broni idących po wscho dach do mnie na górę, zdrętwiałam i zupełnie bez przytomności upadłam. Gdy wpadli do pokoju, je dni zaczęli rozbijać komody, kufry i szafy, a dwóch do mnie przystąpiło, pewnie w celu zamordowania, lecz gdy postrzegli krwawy potok płynący z pode mnie, poznali, w jakim zostawałam przypadku; lito ścią więc i miłosierdziem zdjęci, wzięli mnie z dru- giemi na ręce, położyli na łóżku, opatrzyli mnie sami i to dziecię nowonarodzone; poczem stali u nas przez dni kilka. Mąż mój dopiero trzeciego dnia z dziećmi powrócił, a później i słudzy nasi; za te ich miłosierne serce wieczną pamięć wdzięczności zachowam.” Stałem dwa tygodnie na tej kwaterze, miałem tam wszelką wygodę, jakby u własnych ro dziców.
_____
Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka
